O tym, dlaczego wybraliśmy nazwę Laboranci, o poszukiwaniu skarbów i o tym, że przypadki tak naprawdę nie istnieją

O tym, dlaczego wybraliśmy nazwę Laboranci, o poszukiwaniu skarbów i o tym, że przypadki tak naprawdę nie istnieją

Od wielu lat mamy dom w Karkonoszach. Przez ten czas słyszeliśmy i czytaliśmy niezliczone historie o karkonoskich legendach: o Duchu Gór, o Walonach poszukujących kamieni szlachetnych w naszych okolicach, gdzie wieśniak rzucający kamieniem w krowę nie zdawał sobie sprawy, że kamień ten wart jest więcej niż całe jego stado.

Z zainteresowaniem zgłębialiśmy także fakty i opowieści o cechu laborantów, który powstał w XVIII wieku w Karpaczu (ówczesnym Krummhübel). To właśnie wtedy Karpacz stał się prawdziwą europejską stolicą ziołolecznictwa.

Pewnego upalnego lata, gdy sama zagłębiałam się w tajniki ziołolecznictwa i zastanawiałam się nad tematem swojej pracy dyplomowej, razem z moją córką wyruszyłyśmy, by się ochłodzić. Wędrowałyśmy w górę strumienia Kamienica w Międzylesiu, nieopodal Chromca. Było to jedno z naszych ulubionych miejsc na kąpiele. Lodowata, górska woda chłodziła ciała i oczyszczała dusze. Moja sześcioletnia wówczas córka potrafiła godzinami pluskać się w strumieniu, co jakiś czas wyławiając z niego rozmaite „skarby”.

Nie inaczej było i tym razem, kiedy z triumfem i błyskiem w oku wyciągnęła z wody starą łopatę. Wręczyła mi ją, żebym niosła ten ciężar dalej podczas wędrówki. Moją pierwszą myślą było, by gdzieś ją dyskretnie zostawić, jednak widząc entuzjazm córki, nie odważyłam się tego zrobić. I tak dzielnie przywlekłam łopatę do domu.

Łopata wyłowiona ze strumienia Kamienica

Oddałam ją mężowi, który zaskoczony zaczął jej się wnikliwie przyglądać. Dla mnie była to po prostu stara łopata. On jednak badał sposób jej wykonania i w końcu stwierdził, że z pewnością nie jest to narzędzie współczesne. Po czym odłożył ją do stajni.

Łopata pokryła się kurzem zapomnienia aż do pewnego jesiennego wieczoru. Męża zmogło wtedy jakieś przeziębienie, więc położył się wcześniej do łóżka. Zaparzyłam mu zioła i podałam do czytania książkę „Laboranci u Ducha Gór” autorstwa Przemysława Wiatera. Ciesząc się chwilą ciszy, zajęłam się swoimi sprawami, gdy nagle wyrwał mnie z błogiego spokoju krzyk męża:

– Łopata!

Pobiegłam do sypialni, przekonana, że jego stan nagle się pogorszył. Tymczasem on, machając książką, wskazywał na starą rycinę.

Laboranci w ogrodzie Ducha Gór, fragment mapy S. Hüttela, 1578

Laboranci w ogrodzie Ducha Gór, fragment mapy S. Hüttela, 1578. Postacie wydobywające rdest wężownik, przedstawione na mapie S. Hüttela, stanowią najstarsze zachowane graficzne przedstawienie karkonoskich laborantów (Bartoš, Nováková, 1997, s. 3; Wiater, 2021, s. 59).

I wtedy olśnienie przyszło także do mnie. Tak, to była nasza łopata. Łopata znaleziona przez naszą córkę. Prawdziwa łopata laborantów.

W tym momencie wiedziałam już, że swoją pracę dyplomową z ziołolecznictwa poświęcę właśnie laborantom i że tak też będziemy się nazywać.

A to dopiero początek naszej przygody oraz skarbów, które wciąż czekają, by je odnaleźć.