Od wielu lat zajmuję się fotografią i, jak to zwykle bywa, przez ten czas nasłuchałam się niezliczonych rozmów o sprzęcie. O obiektywach, korpusach, nowinkach. Jedni zmieniają aparaty jak rękawiczki, inni z nabożeństwem opowiadają o tym, co jeszcze powinni kupić, by wreszcie zacząć robić „lepsze zdjęcia”.
Nieraz słyszałam zdanie:
„Gdybym tylko miał lepszy aparat…”
Z czasem zaczęło mnie ono zastanawiać coraz bardziej.
W świecie fotografii krąży anegdota o spotkaniu Irvinga Penna z Ernestem Hemingwayem.
Hemingway rzadko bywał zadowolony ze swoich portretów i nie szczędził fotografom krytyki. A jednak pewnego razu zdjęcie wykonane przez Penna naprawdę mu się spodobało.
Zaintrygowany zapytał:
– Zrobił Pan takie ładne zdjęcie. Jakiego aparatu Pan używa?
Na co Penn odpowiedział:
– Pana powieści są znakomite. Jakiej maszyny do pisania Pan używa?
Ta krótka wymiana zdań wraca do mnie za każdym razem, gdy rozmowa schodzi na sprzęt.
Pewnego dnia spotkałam znajomego malarza. Oglądał mój aparat z wyraźnym uznaniem, obracał go w dłoniach, jakby to właśnie w nim kryła się tajemnica obrazu. Wyraźnie zazdroszcząc mi sprzętu, powiedział:
– Z takiego aparatu to wychodzą dobre zdjęcia…
Słuchałam tego z lekkim uśmiechem, myśląc:
„A ty, jakich pędzli używasz, malując swoje obrazy?”
Sprzęt ma znaczenie – tego nie da się zaprzeczyć. Dobra chochla nie parzy dłoni, ostry nóż kroi pewnie, a sprawny aparat nie przeszkadza w pracy. Łatwo jednak pomylić środek z przyczyną.
Bo czy to chochla gotuje zupę?
Nie. Za wszystkim stoi człowiek – jego doświadczenie, uważność i sposób patrzenia na świat.
Z biegiem lat zaczęłam dostrzegać, że to nie brak sprzętu jest największą przeszkodą, lecz brak odwagi, cierpliwości albo własnego języka.
Bo łatwiej kupić coś nowego, niż zmierzyć się z własnymi ograniczeniami. Łatwiej poprawić narzędzie niż siebie.
A jednak to właśnie ta druga droga prowadzi dalej.
Dlatego dziś, gdy znów słyszę pytanie o aparat, myślę raczej o tym, co niewidoczne: o oku, które dostrzega światło, o ręce, która wybiera moment, i o sercu, które w ogóle chce patrzeć.
Bo choć dobra chochla pomaga, to przecież nie ona czyni kucharza.